Cierpienie to największy Boży dar – część I

Łucznik na koniu

Dziwna jest droga, którą Bóg przybliża nas do Siebie. W tym tygodniu zaprezentujemy wam pierwszą część niezwykłej historii mistrza świata w łucznictwie konnym – Michaja Kozmeja. Urodził się w prawosławnej Rumunii, następnie przeprowadził się na Węgry, gdzie przez 15 lat był buddyjskim mnichem oraz instruktorem aikido, zanim odnalazł Chrystusa. Michaj ma dwóch braci, z których jeden naucza jogi, a drugi jest mnichem w prawosławnym monasterze. Tekst, który wam zaproponujemy w ciągu kolejnych dwóch tygodni, to wywiad przeprowadzony przez bułgarską dziennikarkę Veselę Veselinovą.


Cierpienie to największy dar, jaki Bóg może komuś podarować – część I

Co przyciągnęło Pana do Prawosławia i jak sie to zdarzyło?

Do Jezusa przyciągnęła mnie rosyjska książka „Pewnego wędrowca szczera historia opowiedziana jego ojcowi ”. Jest to opowieść o Jezusowej modlitwie. W czasie, kiedy ją czytałem, trenowałem aikido, i myślałem, że sztuki walki są niesamowicie ważne, ponieważ za nimi skrywa się tajemnica rzeczy, umiejętności, które są potrzebne też w życiu.

Jak nawrócił się Pan na Prawosławie?

Moje zainteresowanie narodziło się gdzieś 20 lat temu – trenowałem aikido, ale chciałem czegoś na stałe. Jest dużo różnych religii, chciałem wiedzieć tu i teraz, która jest dla mnie najlepsza. Książka o Jezusowej modlitwie służy właśnie temu – z każdym wdechem mówisz: „Panie Jezusie Chrystusie“, dopóki wstrzymujesz oddech, mówisz „Synu Boży“ i wydychając, kończysz: „Zmiłuj się nade mną, grzesznym!“. Powiedziałem sobie: „Oddycham przez 24 godziny, dzień i noc, aż do śmierci; jeśli będę mógł odmawiać ciągle tę modlitwę, to będzie doskonałością mojego życia“. Nie miałem problemu mówić: „Panie Jezusie Chrystusie”, ale kiedy zatrzymywałem powietrze, było mi ciężko wymówić „Synu Boży“. Nie mogłem pojąć, że On jest Bogiem od Boga, mimo to przyciągnęła mnie Jezusowa modlitwa. Wtedy zdecydowałem skrócić ją nieco – wymawiać tylko na wdechu „Panie Jezusie Chrystusie” i na wydechu „Zmiłuj się!”. Zacząłem uprawiać tę modlitwę jak sztukę walki – stanowczo, zdecydowanie i kategorycznie, ale czułem wewnętrzne obawy, ponieważ wiedziałem, że postępowałem źle. Zrozumiałem, że jeżeli naprawdę nie wierzę, że Jezus Chrystus jest Bogiem Prawdziwym od Boga Prawdziwego, modlitwa nie zadziała. Bardzo zazdrościłem rosyjskiemu pielgrzymowi, jednak nie miałem jego wiary. W praktyce Zen także istnieje podobna odpowiedzialność za każdą chwilę, lecz tam wiara nie jest wymagana. Zakochałem się w Zen i dla mnie to był najlepszy wariant – chodziło tylko o poprawne oddychanie. Czytałem równolegle dwie książki – o Zen i o rosyjskim pielgrzymie, obie bardzo mi zaimponowały. Potem przez 15 lat uprawiałem Zen – tak wiernie, jak mogłem, naśladując nauczyciela z innego kraju. W tym czasie mój brat został prawosławnym mnichem. Dwa, trzy razy spotkałem się z nim. Nigdy mi nie mówił, że idę niewłaściwą drogą. Po prostu mówił: „Musimy martwić się o duchowe, nie o zewnętrzne życie, o nasze dusze.” Jestem pewien, że modlił się o mnie do Boga, aby wskazał mi właściwą drogę. Z czasem pojawiły się we mnie wątpliwości co do Zen. Zrozumiałem, że bez zewnętrznej pomocy (ale nie ze strony nauczyciela) ego nie może wyleczyć samo siebie, ponieważ ego przeciwko ego – to niemożliwie. Czułem sprzeczność – jak mogę przezwyciężyć swoje ego, skoro podczas praktyki używam właśnie jego. Zrozumiałem również to, że jestem ograniczony, że możliwość, aby stać się wolnym człowiekiem jest iluzją. Zen jest sztuką przezwyciężania samego siebie. Potrzebowałem drogowskazu – której drodze powinienem się poświęcić. Myślałem, że właściwym kierunkiem jest naśladowanie nauczyciela, ale zrozumiałem, że to nieprawda. Czasami, w trakcie medytacji, kiedy czułem ból, a mój umysł płonął, nieświadomie zacząłem znowu odmawiać Jezusową modlitwę. Potem powiedziałem sobie: „Co to za głupota, dlaczego powtarzam te rzeczy?”. Spróbowałem odnaleźć coś poprzez Zen, kontynuowałem swoje poszukiwania. Była Wielkanoc 2009 roku, około 10-tej rano. Moja małżonka, która jest katoliczką, była z całą rodziną w świątyni, więc byłem sam w domu jej rodziców. W ogóle mnie nie obchodziło, że jest niedziela, poprawiałem pierścienie do łucznictwa, czekałem, aż rodzina wróci, bo zaplanowaliśmy wielką kolację i wino. W pewnej chwili, kiedy podniosłem się z krzesła, gwałtowny ból przeszył moje plecy. Byłem sparaliżowany. Czułem się tak, jak gdyby ktoś przebił moje serce. Wiedziałem, że to od Jezusa Chrystusa. Wewnątrz siebie znałem przyczynę: „Jest Wielkanoc, wszyscy świętują Moje zmartwychwstanie, a ciebie nie obchodzi, że istnieję“. Leżałem w łóżku, wszyscy świętowali, a ja byłem przykuty. Chciałem coś poczytać, wziąłem prawosławną książkę, którą mój brat podarował mi 12 lat temu i przez ten czas ani jej nie otworzyłem, ani też jednak nie wyrzuciłem. Wiara to dar od Boga. Od tej chwili pytanie o to, czy Jezus Chrystus jest Bogiem prawdziwym od Boga prawdziwego przestało dla mnie istnieć. Odkąd masz wiarę, pozostaje tylko dbać o to, aby jej nie stracić.

Jak się to robi?

Poważnie potraktowałem słowa, że wiara bez dobrych uczynków jest martwa, jednak też dobre uczynki bez poprawnego podejścia również są martwe. Jasne, że większość z nas ciągnie do spędzania czasu z przyjaciółmi, aby napić się czegoś, pożartować. Ale po takich chwilach trzeba zawsze powrócić do Boga, modlić się do niego, aby nie odbierał tego daru. Niektórzy mówią sobie: „Jestem chrześcijaninem, mam swoją wiarę” i nie obchodzi ich zbytnio, co robią. Ty otrzymałeś wiarę jak nasiono i od ciebie oczekuje się, abyś się o nie troszczył i aby ono ciągle wzrastało. W chrześcijańskim życiu jest tak: chce ci się nieustannie dawać coś od siebie, zwłaszcza jeśli jesteś związany z ludźmi w pracy czy podczas treningu. Ale kiedy jesteś sam, musisz zwrócić się do wewnątrz i dbać, aby twoja wiara rosła. Modlitwa jest jak podlewanie kwiatów. Bóg uczyni tak, że roślina będzie rosła, ty jednak musisz dawać jej troszkę wody. Potem, kiedy komunikujesz się z innymi ludźmi, powinieneś dawać im wiarę z miłością. Może przyjść chwila, kiedy ujrzysz swoją pustkę, ale wtedy nic nie będziesz mógł zrobić. Musisz opiekować się tym, co w tobie, i pilnować, aby panował porządek.

Jak Pana brat stał się mnichem, jakie są wasze stosunki?

On również otrzymał wiarę tak, jak ja. Zawsze był życzliwy, zdrowy, silny i miał czyste serce. Nagle zachorował na bardzo ciężką chorobę – spondylozę, która usztywnia kości, a kręgosłup zgina na pół. Pierwsze oznaki pojawiły się, kiedy miał 23-24 lata, kończył uniwersytet. W tamtych czasach zostałem mnichem Zen, nasz starszy brat był instruktorem jogi i zdawało się nam, że nasz młodszy brat nic nie robi. Był zwykłym człowiekiem, który chodzi do pracy. Po wielu lat cierpienia, powiedzieliśmy mu: „To jest karma, choroba ducha, z powodu której cierpisz”. Zaczęliśmy zasypywać go książkami – Zen, Jogananda … Z szacunku przeczytał je uważnie i powiedział: „Bardzo dobre książki, dziękuję”. Stwierdził: „Przyznaję się, wygłąda na to, że moja choroba jest chorobą ducha, jednak nie wiem, którą religię wyznawać.” Spróbował wielu rzeczy z tych, o których przeczytał – dwa tygodnia nic nie jadł, pił tylko wodę. Ożenił się, został nauczycielem matematyki i wegetarianinem (tak było lepiej dla jego chorych kości). Nam, jego braciom, jego żona nie podobała się za bardzo. Powtarzał: „Jestem chory, dziękuję Bogu, że w ogóle mam małżonkę. Widzicie, w jakim jestem stanie, nie jestem doskonały, abym mógł mieć roszczenia”. Jego żona sprawiała wrażenie bardzo wierzącej, chodziła do cerkwi, prosiła o błogosławieństwa. Zaprowadziła także brata do świątyni, a on wstydził się, bo w głębi serca nie był wierzący. Pewnego razu uczniowie mojego brata pojechali na wycieczkę do monasteru, jak to jest modne w krajach prawosławnych. Kiedy weszli, on został na podwórzu monasteru, a jego żona poszła prosto do celi igumenki. Starsza mniszka jej powiedziała: „Nie chcę z tobą rozmawiać, ale na zewnątrz jest twój mąż, z nim chcę porozmawiać.” I przyprowadziła mojego brata. Serdżo, bardzo zdziwiony, otworzył drzwi. W tej samej chwili mniszka powiedziała mu: „Nie powinieneś narzekać. Bóg zesłał na ciebie tę chorobę, ponieważ bardzo cie kocha i chce, żebyś nawrócił.“ Właśnie tak stał się wierzącym, nie zaś poprzez czytanie książek.

Czy jest potrzebne demonstrować swoją wiarę?

Serdżo powiedział mi: „Bądź dyskretnym w tych sprawach. Modlitwa jest między mną a Bogiem, to nie areną z widownią, gdzie mogą mnie oglądać”. Nigdy nie zobaczysz go z czotką w ręce, jak odmawia Jezusową modlitwę. Inni mnisi albo noszą czotki, albo liczą. Pracuje tyle, ile tylko może, i modli się bardzo poważnie. Ja i mój brat mamy tego samego duchownego ojca. Kiedy idę na spowiedź i komunię, zostaję w celi brata. W pierwszych latach, podczas gdy on spał, ja patrzyłem na niego. Modli się nawet we śnie. Kiedy pytam go o to, zmienia temat, nie chce, żeby ktoś miał o nim dobrą opinię. Jego relacja z Bogiem jest tak wielką tajemnicą, że on zawsze powtarza: „Jestem w Bożych rękach.“ W każdym jego działaniu można rozpoznać tę Obecność.

Jak można to osiągnąć?

Serdżo przeżył trudne chwile. Jako mnich wiedział, że musi rozwiązać w sobie problem śmierci, w każdej chwili musi być gotowy umrzeć. To taka prawosławna tradycja. Mój brat uważa, że pamiętanie o śmierci jest wielkim darem Boga. Jeśli go posiadasz, wtedy powierzasz siebie Jego opiece – nic się nie wydarzy, jeśli Bóg na to nie pozwoli – nawet ból lub choroba. Mój brat w ten sposób przyjmuje wszystko i cieszy się ze wszystkiego, co mu się przydarzyło. Każda z tych małych rzeczy jest bezpośrednim kontaktem z Bogiem. To są owoce jego modlitwy. W pierwszych swoich latach w monasterze postrzegał się jako gorszego, ponieważ nie miał tego daru. Mówił: „Jakim jestem głupcem, nie myślę o śmierci, żyję tak, jak gdybym miał żyć wiecznie”. Wszystko robił według reguł, ale nie miał poczucia, że w każdej chwili może umrzeć. Pewnego razu ogłosił, że zrobi sobie trumnę, w której będzie spał. Nigdy tego nie zrobił, ale dla mnie było jasne, że toczy wewnętrzną walkę. Uważał siebie za najgorszego na świecie, mówił: „Jakim to mnichem jestem, jeśli wszystko jest u mnie tylko powierzchownie?! Jeśli nie jestem gotowy umrzeć i spotkać się z Bogiem, jaka korzyść z tego wszystkiego?“ Uważam, przez tę jego pogoń przydarzyło mu się dużo rzeczy. Bóg dał mu ten dar w szczególny sposób. Z zewnątrz wszystko to wygląda jak ból i cierpienie, on jednak jest bardzo wdzięczny Bogu.

Proszę opowiedzieć, jak.

W jego płucach wdała się infekcja, podobna do gruźlicy, i został skierowany do szpitala. Przyjmowanie silnych lekarstw doprowadziło do tego, że stracił przytomność i upadł na schodach. Doszło do urazu kręgosłupa w odcinku szyjnym i piersiowym. Lekarze znaleźli jedno złamanie i nawet nie pomyśleli, że mogą być dwa. Założyli mu gips na całe ciało. Nie przyszło im do głowy, że kark też może być złamany, a on nie mógł odróżnić, gdzie tak właściwie go boli. Z czasów dzieciństwa wiem, że mój brat ma klaustrofobię. Kiedy ja i mój drugi brat rzucaliśmy mu na głowę koc lub przyciskaliśmy go poduszką, bledł i ze strachu nie wiedział, gdzie się znajduje. Tak więc zamknąć go w tej zbroi, w której nie może oddychać, to tak, jakby pochować go żywcem. W ten sposób został przyblokowany na cały rok i na własnej skórze poczuł, jak to jest – być w trumnie. Powiedział mi: „Bóg mnie nauczył jak się modlić. Bez tego trudnego, ale wspaniałego doświadczenia tylko myślałem, że się modlę. Myślałem, że moja modlitwa jest z całego mojego serca, ale ona jest jak pożar. Nigdy nie możemy sobie tego wyobrazić, jeśli to nam się nie zdarzy.” I tak trwał w tym stanie. Mimo, że trzymali go w tej gipsowej trumnie, to nie mogło go wyleczyć, ponieważ zbyt duża odległość dzieliła uszkodzone kręgi. Potem wykryli złamanie w szyi i założyli mu kołnierz. To piekło trwało półtora roku. W trakcie tego cierpienia mój brat miał dużo duchowych doświadczeń, o niektórych mi opowiedział. Miał też takie doświadczenie, jakie Chrystus przeżył na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?“. Według niego, jeśli ktoś nie przeżyje porzucenia przez Boga i nie zrozumie, jaka jest jego wartość, że do głębokości swoich kości jest poniżej zera, będzie mu ciężko się odbić. To duchowe doświadczenie powoduje takie dążenie, że modlitwa u takiego człowieka jest jak słup ognia – od niego do niebios. Chwile cierpienia – to największy dar, który Bóg może komuś dać.

Jest to trudne do zrozumienia.

Możemy jasno zobaczyć, że większość chrześcijańskich świętych cierpiała. Mój brat bardzo lubi św. Serafima Sarowskiego, któremu złodzieje złamałi kręgosłup. Tak też przydarzyło się mojemu bratu, Serdżowi, jak gdyby jego życie powtórzyło ten wypadek. W podobnej chwili ludzie zaczynają narzekać: „Panie, co zrobiłem, że się tak zdarzyło?!“ i powoli ich wiara zaczyna zmniejszać się i w końcu oni odchodzą od wiary. Rzecz jasna, wielu podchodzi z entuzjazmem, modlą się latami, ale po 20 lat zostają tymi samymi osobami, tak naprawdę nie robią postępów. U innych, którzy widzą, że trudności są największym Bożym darem i jak dar je przyjmują, wiara rośnie. Kiedy przebywam w monasterze, słyszę od mnichów, że modlitwa mojego brata jest bardzo mocna. Jestem pewien, że dzieją się tam różne rzeczy, w których on im pomaga swoimi modlitwami, ale on nigdy mi nic o tym nie mówi.

Jak teraz czuje się Pana brat?

Zdarzył się cud. Pewnego dnia poczuł, że wyzdrowiał i powiedział swojemu starcowi: „Ojcze, daj mi jakieś zajęcie!“. Ten mu nie uwierzył. Obaj spowiadamy się u tego samego ojca. Gdzieś wtedy rozmawiałem przez telefon z naszym spowiednikiem i on mi powiedział: „Twój brat znowu sobie wyobraził, że jest zdrowy, i chce, żebym mu przydzielił jakąś pracę”. Ojciec powiedział mojemu bratu, że według lekarzy szczeliny między kręgami nie można wyleczyć. Najpierw nie chcieli go zaprowadzić na badania. Zrobili mu prześwietlenie i mój brat widział, jak lekarze zaczęli gestykulować i rozmawiać emocjonalnie. Kiedy porównali oba zdjęcia rentgenowskie, jego kręgosłup wyglądał tak, jak gdyby nigdy nie był złamany. Lekarzy powiedzieli: „Nie rozumiemy tego, z naukowego punktu widzenia to niemożliwe. Dwie kości znajdowały się w odległości kilku centymetrów, nie jest możliwie, żeby się zrosły. Jeśli tak też się zdarzyło, to musiało dojść do nagromadzenia tkanek, ale tutaj nie widać czegoś takiego”. Oczywiście, to nie wyleczyło jego poprzedniej choroby, która go zgięła wpół. Wydaje się, że otrzymał on dar pamiętania o śmierci, ponieważ modlił się z całego serca, i jest bardzo wdzięczny za to. Dla każdego innego złamanie kręgosłupa jest straszną tragedią. Dla niego to coś innego.

Część II
Rozmowę przeprowadziła Vesela Veselinova

Źródło: Православен свят


Tłumaczenie z bułgarskiego: Dimka Savova
Redakcja polska: Agnieszka Chmielowiec

Autor

Redakcja orthodox.fm - Portalu Medialnego Prawosławnej Diecezji Lubelsko-Chełmskiej.

Kontynuując korzystanie z tego serwisu zgadzasz się na używanie plików cookies. Więcej...

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close